Czytadłem

Duża część moich lektur to tzw. czytadła. Mało z nich wynika, literatura określana jako niezbyt wysokich lotów itp., itd. Jak takie różności czytam, to w głowie, tak pewnie z tyłu gdzieś, słyszę, że to strata czasu i czuję wyrzuty. Trochę podejrzewam, że to bujda, ale mimo to staram się tak dobierać lektury, żeby nie było wielu czytadeł pod rząd. No chyba, że akurat przebywam na wywczasie.

Dlatego nie wiem, czy się cieszyć, że „połkłam” kolejne czytadło w sierpniu, a lista przeczytanych książek trudnych i ambitnych jest znacznie krótsza niż tych nieambitnych. Tony Parsons to zdaje się autor samych bestsellerów; ja jego powieść dobrałam sobie na chybił trafił przeglądając jakieś recenzje. Choć wyrzut sumienia nie ustaje, to bardzo się cieszę, że dobrałam, bo „Za moje dziecko” to taka opowiastka z pogranicza, podobnie jak powieści Hornby’ego. Niby to zupełnie literatura popularna, ale jednak są przemyślenia autora, jest sceneria ciekawa i niezupełnie wszystko się kończy od początku wyczekiwanym happnym endem.

Wszystkie języki świata

Dziś skończyłam czytać „Wszystkie języki świata” Zbigniewa Mentzla, warszawską powieść wydaną w Krakowie. Wzruszyłam się od pierwszych stron, bo bohater powieści mieszka na Siemiradzkiego, czyli ulicy przy której mieszkałam przez 2 lata i bardzo dobrze to wspominam. Warto pewnie dodać, że jest to krótka ulica; po jednej jej stronie (parzystej) znajduje się ogrodzenie Szkoły Głównej Pożarniczej, a po drugiej rząd kilku kamieniczek stykających się ścianami bocznymi, nie jest więc tak, że mogłam mieszkać kilometry od bohatera. Nie ma szans.

A sama książka, choć czyta się rewelacyjnie, szybko i wciąga zostawia jednak dużo tematów do przemyśleń. To ja sobie je dalej poprzemyśliwuję, a pisanie o niej zakończę w tym miejscu.

Kafka, czy tam Czechow

Podtrzymuję plan czytania dzieł Philipa Rotha i w jego ramach nabyłam (a potem znalazłam u ojca na półce tę samą książkę – w starym wydaniu i innym tłumaczeniu, ale i tak strata pieniędzy) i przeczytałam „Nauczyciela pożądania”. Tak w ogóle to mi się bardzo podoba sposób pisania Rotha, ale tej książki to chyba nie zrozumiałam. Jest jakaś historyjka, jest bohater (oczywiście żydowski profesor literatury, ale wyjątkowo nie Zuckermann), jest mnóstwo erudycyjnych wstawek, Kafka, Praga lat 70-tych, Czechow i wyzwolony Londyn, ale za diabła nie wiem po co i w jakim celu. Jeśli to miało być takie erotyczne i przełamujące tabu jak „Kompleks Portnoya” to albo nie wyszło, albo w naszym świecie już nic nie dziwi i nie ma co przełamać. Bo inaczej to wyszło coś o wszystkim i o niczym, z jednej strony przeintelektualizowane, z drugiej proste i kręcące się tylko wokół ludzkiej fizyczności.
Jestem zawiedziona tą lekturą.

Wielki Wyczyn

Jestem z siebie dumna. Dziś po raz pierwszy od nie pamiętam już kiedy zobaczyłam pusty kosz na prasowanie. Wyprasowałam wszystko, co było do wyprasowania w domu! Jest to niebywałe osiągnięcie i dlatego zasłużyło na odnotowanie w niniejszym portalu pierdykalnym. Dobranoc.

Po babsku

W ramach zagłuszenia wczorajszego głodu podentystycznego udałam się do kina. Multikino od paru lat latem pokazuje różne filmy w formie „Alfabetu Multikina”. Przez kilka tygodni, w dni powszednie, wyświetlane są dwa filmy o tytułach zaczynających się na kolejną literę. Filmy są różne, generalnie mają być to rzeczy z zeszłego roku, ale nie jest to jakaś żelazna zasada. Wczoraj był dzień sponosorowany przez literkę J i dlatego obejrzałam „Jedwabną opowieść”.

Przeczytałam kiedyś kilka jego recenzji i spodziewałam się czegoś zupełnie odrealnionego i bardzo mi się podobało, że było takie nieodrealnione, choć zupełnie nie naturalistyczne. I bardzo po babsku zrobione, z niedopowiedzeniami, bo nie wszystko trzeba dopowiedzieć i przede wszystkim pięknie, a nie plastikowo. Nie wiem czyja to zasługa (reżysera, zdjęć, kostiumografa), ale jest to chyba najpiękniejszy kolorystyczne film jaki widziałam w życiu, albo tych piękniejszych jakoś nie pamiętam.

Bladym świtem

Postanowiłam zastąpić kolegę z pracy i raz jeden jedyny przyjść do pracy na 6:50, na tzw. poranny dyżur, którego zwykle nie odbywam, bo jako jedyna z wydziału po prostu nie reflektuję. Moi koledzy wolą jednak przyjść na 6:50 zamiast posiedzieć do 18:00. Wiem, dziwnych mam kolegów.

A dzisiejsze doświadczenie przekonało mnie, że nie dziwię im się nadarameno. Nawet dałam radę wstać 5:15, czy tam 5:20, ale widok pani babci klozetowej ubranej w fajny wyjątkowo płaszcz zrobiony na drutach z resztek różnych włóczek i otwierającej kible na stacji metra, czy bułeczki wybierane prosto z koszyka, w którym zostały do sklepu przywiezione nie wynagrodzi mi kiepskiego samopoczucia po niedospanej nocy.

Pośpię sobie na fotelu dentystycznym po południu. Gdy zapisywałam się na wizytę, pani dentystka 3 razy upewniała się, że wiem co robię, bo idę dziś na czyszczenie kamienia i fluoryzację, po których to zabiegach, jak mnie poinformowała pani doktór, nie można jeść 3 godziny i pić mocnego alkoholu oraz czerwonego wina. 3 razy mi powtórzyła, że zapisuję się na piątek. I że alkoholu nie można. I że na piątek po południu. I że alkoholu nie można. I że to piątek…