Dempsey and Makepeace

Niby Ci moi koledzy z pracy nie tak strasznie młodzi, ale żaden z nich nie wiedział co to za serial „Dempsey i Makepeace na tropie”. A to, jak dwuziu mówi, klasyka. Zastanawiam się, ile lat trzeba mieć, żeby już nie znać tak kultowych seriali…

Pewnie też jest tak, że moje pokolenie (fuj, ale to brzmi) oglądało w dzieciństwie to samo w telewizorze, bo nie było specjalnie wyboru. A teraz to hoho i fiufiu. I się normalnie w dupach poprzewracało 😉

Gilmore Girls

Spośród moich licznych uzależnień (obsesja nabywania koralików, pożeranie słodyczy, denerwowanie się bez powodu) szczególną rolę odgrywa uzależnienie od seriali. Ponieważ jak wiadomo jestem straszną snobką, to najbardziej uzależniłam się nie od swojskiego Klanu albo M jak Miłość, tylko od Gilmore Girls, które w wersji polskiej nazywają się Kochane kłopoty. Czatowałam na ten serial w TVN7, oglądałam z zapartym tchem powtórki i powtórki powtórek też. Tak sobie myślę, że podoba mi się w nim najbardziej to, że dużo i szybko mówią i że dialogi są takie erudycyjne, jak na amerykański serial oczywiście i jeszcze, że odcinki trwają po 40 minut, a nie 20.
A od jakiegoś czasu koncern WB pozwolił mi regularnie dokarmiać to uzależnienie, bo serial jest na DVD i to w Polsce. Dawkuję sobie oglądanie, ale i tak jestem już w drugiej połowie 2 sezonu. A taki sezon to nie przelewki, 21 odcinków po 40-45 minut, to daje więcej niż 840 minut, czyli ponad 14 godzin. Mam fantastyczne hobby: oglądam serial, a w trakcie oglądania przekładam koraliki w pudełeczkach. To lepsze niż jakieś tam linuksy :-).

Ten realizm mnie zabije

W nauce języków obcych zawsze najbardziej zniechęcało mnie odgrywanie durnych scenek i pisanie listów i innych bzdurnych tekstów. Na przykład dziś na egzaminie z franuskiego kazali mi napisać list do rodziców z Bretanii. Po pierwsze, ja tam nigdy nie byłam, a po drugie, to dlaczego mam pisać do rodziców po francusku? Żeby mnie nie zrozumieli? Nielogiczne i w ogóle bez sensu jakieś takie.

Le metro, j’adore

Naprawdę powinnam częściej jeździć do pracy metrem, bo same fajne przygody mi się wtedy przytrafiają. Dziś na przykład do wagonu metra wsiadła Pani Z Drabiną. Drabina była drewniana i miała tak prawie 3 metry albo i ze 2 i pół. Pani zupełnie niezrażona położyła drabinę na podłodze i nie stresowała się ani, ani tym, że ktoś się ciągle o nią potykał. Swoją drogą to ciekawe akcesorium, nie jakieś tam wyświechtane telefony komórkowe albo obciachowe ajpody czy inne grajki, albo taki tam pies na smyczy. Drabina to jest to!

10 minut od centrum

Książkę o tytule wymienionym w tytule, autorstwa Izabeli Sowy, kupiłam sobie, że móc poczytać coś nieskomplikowanego, ale przyjemnego we wannie, bowiem czytanie we wannie to prawdziwy relaks. Tylko chyba nie doczytałam informacji o książce, bo trafiłam kulą w płot – niedosłownie, ale zawsze.
Co prawda większość przeczytałam w wannie, ale nie była to lektura jakiej oczekiwałam, tylko zbiór świetnie skonstruowanych i celnych opowiadanek połączonych ze sobą niektórymi postaciami oraz tym, że dzieją się ‚dziesięć minut od centrum’. No i teraz mam sobie co przemyśliwać. I mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś w życiu tak pomylić przy doborze lektur.