Świątecznie i filmowo

Pierwszy dzień Świąt mieliśmy spędzić nadrabiając zaległości filmowe i obejrzeć kilka DVD, które pokryły się grubą warstwą kurzu. Udało się tylko częściowo.

Na pierwszy ogień (skoro świt, koło 13) poszło Wychowanie panien w Czechach (Vychova divek w Cechach). Taka dość sympatyczna (aczkolwiek bez przesady) opowieść o fantazjach czeskiego literata i nauczyciela. Z opisu na pudełku DVD można się domyślać, że niejaka Anna Geislerova, grająca jedną z głównych ról, jest jakąś popularną czeską aktorką. ***

Potem przyszła pora na Za wszelką cenę (To die for), w którym Nicole Kidman udowadnia, że nadmiar parcia (na szkło, w tym wypadku) źle się kończy. ***

Następnie przyszła pora na telewizję i powtórki. TVP zafundowała Piratów z Karaibów (Pirates of the Caribbean: The Curse of the Black Pearl). Muszę przyznać, że nawet za drugim (albo licząc kawałki oglądane w samolocie — trzecim) razem fajnie się ogląda. Dżony Depp rzondzi. ****

Na deser obejrzeliśm Plan doskonały (Inside Man). Jestem przekonany, że już ten film oglądaliśmy (nawet pamiętałem poszczególne sceny), ale Maja twierdzi, że nigdy nie widziała. Nie wiem, kiedy mogłem ten film sam oglądać, ale pewnie tak być musiało, bo kilka scen jest nie do zapomnienia. Moja ulubiona to ta, gdzie NYPD puszcza przez głośniki nagranie w jakimś nieznanym im języku (później okazuje się, że to albański) w nadziei, że ktoś z przechodniów rozpozna ten język. I oczywiście ktoś rozpoznaje 🙂 ****

A w międzyczasie zrobiliśmy sobie gofry (nie z kiełbasą, ale z cukrem-pudrem!) na otrzymanej od Mikołaja gofrownicy. Tzn. Maja zrobiła a ja „pomagałem”.

Co do pozostałych prezentów, to Mikołaj uznał chyba, że za mało czytam. No i mam nowej lektury na jakiś miesiąc…

Reklamy

Nobel

Okrutnie jestem zawiedziona tegorocznym literackim Noblem. Tak liczyłam, że w końcu dadzą tego Nobla Philipowi Rothowi i będę szpanować oczytaniem w dziełach noblisty i w ogóle poczuję się tak yntelektualnie. A tu kicha, znowu mu nie dali. No dlaczego, ja się pytam, dlaczego?!

Endżul

No naprawdę takie coś mnie spotkało z tydzień temu albo i więcej, że aż od razu nie mogłam napisać, bo musiałam ochłonąć. Znowu była to lektura, znowu w lengłydżu. Tfu, tfu, odwołuję wszystkie niezbyt pochlebne wypowiedzi na temat pisarstwa niejakiej Evanovich – historyjki o Stephanie Plum to wyżyny literackie, arcydzieła, perełki i w ogóle. A to było tak.

Skończyły mi się Evanoviche i trzeba było wymienić lekturę – trafiło na „Angel” autorstwa brytyjskiej modelki o pseudo Jordan (w Top Gear była jak by kto się pytał). Jordan wydała z siebie powieść o fascynującej fabule, którą zainspirowało życie. Chodzi o to, że jest Angel, która kończy 17 czy tam 18 lat oraz szkołę i wkracza w wielki świat. Angel jest adoptowana, ale dowiaduje się o tym dopiero w wieku 16 lat; Angel też jest taką ‚luzarą’, z której poprzez założenie krótkiej kiecki, koszulki odkrywającej pępek oraz butów na szpilce wyłania się piękność. Też można. Angel kocha się w piłkarzu, co nie przeszkadza jej w wakacje po końcu szkoły mieć ognistego romansu z Hiszpanem w scenerii typu Baywatch. Również w tej scenerii odbywa się zwieńczony sukcesem werbunek Angel na fotomodelkę, czyli generalnie zaczyna zarabiać pokazywaniem cycków. Od tego momentu zaczyna się pudelek i kozaczek razem i na przemian. Angel prowadza się z chłopczykiem z boysbandu, który jest złym chłopczykiem, gdyż wyciąga od niej pieniądze oraz namawia ją do kokainy. Jednym z większych zwrotów akcji powieści jest powiększenie cycków, jest też arcyciekawy wątek o biologicznej matce Angel, która jest heroinistką. Tak żeby wytłumaczyć Angel dlaczego uzależniła się od kokainy. Aleeee… Nie należy zapominać o piłkarzu, w którym nasza bohaterka kocha się cały czas nieszczęśliwie, ale ten piłkarz, który już awansował na piłkarza Chelsea, jakiś ślepy, głuchy albo w ogóle z nim gorzej. Ale za to zachowa się jak wybawca – zamknie Angel na odwyku, a wcześniej z pomocą przystojnego Hiszpana, tego od Baywatch, który był się spotkał przypadkiem w Hiszpanii wyrwie ją ze szponów rozszalałych paparazzi.
W każdym razie morał jest taki, że pokazywanie cycków samo w sobie nie jest złe i nawet po wielu perypetiach taką pokazywaczkę cycków może spotkać największe szczęście na świecie — piłkarz się oświadczy.

Porywająca fabuła oraz nieprzeciętna forma tego dzieła nie pozwalają mi zrobić nic innego, niż je polecić. Ciekawe, czy ukaże się polskie wydanie i jeśli się ukaże, to czy będzie miało równie piękną różową okładkę co oryginał…

O lekturach, czyli jak nisko upadłam

Nie piszę tu, że czytam, ale to nie znaczy wcale, że nie czytam, bo czytam, ale lektury mam coraz mniej ambitne. A ostatnio to już w ogóle emocjonuję się li i jedynie perypetiami niejakiej Stephanie Plum opisywanymi przez Janet Evanovich. A Stephanie Plum, to nie dość, że wybitnie babskie ma te przygody, to jeszcze kryminalne, a w dodatku w fafnastu odcinkach. I ja te odcinki tak jeden po drugim łykam i naprawdę gładko przechodzą przez gardło. Taka niezobowiązująca lektura, tylko czy naprawdę muszę tak odcinek po odcinku, raz przy razie?

A Stephanie Plum z odcinka na odcinek wybuchają coraz to fajniejsze samochody, mieszkanie raz płonie, by innym razem stracić tylko szyby, a romans z przystojnym Morellim rozwija się powoli, acz nieuchronnie, a to wszystko w egzotycznej scenerii Trenton, stolicy stanu New Jersey…
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że czytam w lengłydżu, dzięki czemu rozrywkę dostarczaną mi przez panią Evanovich mogę podciągnąć pod doskonalenie znajomości języka obcego, prawda.

10 minut od centrum

Książkę o tytule wymienionym w tytule, autorstwa Izabeli Sowy, kupiłam sobie, że móc poczytać coś nieskomplikowanego, ale przyjemnego we wannie, bowiem czytanie we wannie to prawdziwy relaks. Tylko chyba nie doczytałam informacji o książce, bo trafiłam kulą w płot – niedosłownie, ale zawsze.
Co prawda większość przeczytałam w wannie, ale nie była to lektura jakiej oczekiwałam, tylko zbiór świetnie skonstruowanych i celnych opowiadanek połączonych ze sobą niektórymi postaciami oraz tym, że dzieją się ‚dziesięć minut od centrum’. No i teraz mam sobie co przemyśliwać. I mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś w życiu tak pomylić przy doborze lektur.

Muchy w nosie

Niewiele ostatnio czytam, przynajmniej w porównaniu z zeszłym rokiem, co tu widać, bo przestałam się pastwić nad przeczytanymi książkami. Nie jest jednak tak, że zupełnie nie obcuję ze słowem pisanym, zmiejszyła się tylko intensywność tych kontaktów. Ostanio na przykład zmogłam kolejną powieść Joyce Carol Oates, „Wodospad” (a miałam już sobie tę Joyce Carol darować!) i oceniłam ją, jak większość powieści, w biblionetce, przy okazji pozwalając jej systemowi polecić sobie jakieś książki.

System ten działa tak, że wystawia się liczbowe oceny przeczytanym przez siebie pozycjom, a potem na podstawie tych ocen i ocen innych użytkowników wylicza co ma szansę się spodobać. Wszystko by było fajnie, ale ja, jako snobka i wiecznie węsząca chałę, bardzo dobrze oceniam tylko wybitne powieści, albo te, do których mam specjalny sentyment, czyli głównie książki, które generalnie są przeznaczone dla dzieci. Zwyczajne czytadło ma u mnie szansę najwyżej na 4 w skali 1-6.

I dlatego biblionetka poleca mi tylko powieści, na których czytanie nie mam ochoty (na przykład prawie całego Hrabala), traktaty filozoficzne i różne książki dla dzieci, a nie chce mi polecić nic, co mogłabym sobie tak na raty, ale szybciutko, pochłonąć częściowo w metrze, a częściowo w wannie… Ewidentnie nie jest to system dla takich snobów jak ja.

Z Europy

Lotnisko w Madrycie. Odlatujemy do Warszawy via Frankfurt, w końcu przyszła nasza kolej odprawy, po odstaniu swojego w dłuuuuuugiej kolejce.
– Where are you going? Waaaarr… How do you pronounce this?
– Łorsoł.
– Hm… Warsaw… Where is it?
– Poland.
– Poland?

Welcome to European Union!