Joyce Carol i Philip

W ramach niekonsekwentnie realizowanego programu czytania dzieł wszystkich Joyce Carol Oates przeczytałam „Dziewczynę z tatuażami”, chyba najnowszą książkę autorki. Nie wiem w sumie, czemu podjęłam taki program, bo co prawda powieści Oates czytają się dobrze, ale męczy mnie jej upodobanie do naturalistycznego pisania o najniższych warstwach społeczeństwa. Pani siedzi sobie gdzieś na jakimś uniwersytecie i od kilkudziesięciu lat lubuje się w odkrywaniu, że tzw. szumowiny też są ludźmi… Skoro jednak realizuję ten program, to może to nie jest jednak takie straszne.

„Dziewczyna z tatuażami” zadedykowana jest Philipowi Rothowi, którego trylogia („Amerykańska sielanka”, „Wyszłam za komunistę”, „Ludzka skaza”) to najlepsze, co przeczytałam w ciągu ostatnich paru lat. A dedykacja w „Dziewczynie…” jest jak najbardziej na miejscu, bo powieść jest dokładnie taka, jakiej można się po Oates spodziewać, za to okoliczności i sceneria Rothowskie – od miejsca akcji (gdzieś na północy stanu Nowy Jork), po bohatera (pisarz z żydowskimi korzeniami). Tylko, że sceneria nie pomaga, Oates dalej z uporem maniaka o tej biednej dziewczynie z tatuażami, która z dołów pochodzi i w świecie wykształconych i bogatych kończy równie źle, jak by mogła skończyć w swoim środowisku. I chyba dlatego porzucę program czytania Oates, a wrócę do programu czytania Rotha.

Reklamy

Pani tuli pana

Odnotowywuję, że wyczytałam dużo literek z „Tulipanowej gorączki” Deborah Moggach. Nienajgorsza powieść, trochę się kobita napracowała żeby to napisać, ale jak dla mnie za bardzo romansowe. I to by było na tyle.

W spódnicospodniach

Wczoraj się rozpędziłam, to na fali dziś też trochę popłynę. I znowu będzie o lekturach, o dwóch tym razem. Chociaż mam snobistyczne potrzeby i na przykład Danielle Steel mnie odrzuca, to nie odrzuca mnie bynajmniej wszelka literatura popularna. Lubuję się w czytaniu ‚literatury w spódnicy’, historyjek o paniach, słodkich i z happy endem, w typie Bridget Jones i nawet popłuczyn po Bridget Jones. Czytam takie powieścidła z takich samych pobudek, z jakich oglądam komedie romantyczne i pewnie jest to jakaś tęsknota za tym, żeby było pięknie, żeby się układało i żeby miało koniec. No i jeszcze ta homantyczna miłość. „Niania w Londynie” mnie nie zawiodła. Było wszystko — niepradopodobna opowieść o dziewczynie, której się nagle wszystko układa, o (chyba modnych ostatnio) rozterkach macierzyństwa i ojcostwa i był on — pijękny i szlachetny. Wzruszyłam się. Banał do kwadratu, ale przy tym tak cudownie brytyjski… Chyba wolę nawet ten brytyjski klimat od amerykańskiego, chociaż jeszcze bardziej niż w kobiecej literaturze lubuję się w amerykańskich powieściach o ludziach, którzy mają korzenie gdzieś tam hen, ale ich prawdziwe życie jest w dziwnych Stanach.

Bo przed „Nianią…” przeczytałam „Middlesex” Jeffreya Eugenidesa. Ta książka przeleżała na półce chyba z pół roku. Kupiłam ją za podszeptem biblionetki, ale odłożyłam potem, bo po przeczytaniu recenzji jeszcze raz stwierdziłam, że się pomyliłam. No bo na okładce było napisane, że to ‚historia genu’. Brzmi strasznie, prawda? Okazało się, że to dość zwykła powieść, saga rodzinna, 8 dziesięcioleci i takie tam. A na tle tego narrator, hermafrodyta, opowiada o własnym życiu, o problemach własnego dorastania, ale zupełnie nie sztampowo i tam gdzie normalna powieść dla nastolatek by się zaczynała (problemy w szkole, z rodzicami już po odkryciu, że nie ta płeć), ta się kończy. I nagle okazuje się, że to takie samo dojrzewanie jak każde inne i że problem identyfikacji staje się mniej bolesny po uzmysłowieniu sobie własnej tożsamości.

Bla, bla, ogon zjedzony. Pora wziąć się w garść.

Udawanie inteligenta

Jakiś czas temu z dwuziem dyskutowałam na gg na temat czytelnictwa książek. Uwagi mieliśmy różne, ale konkluzję jedną: czytanie czytaniem, ale po przeczytaniu wypada coś napisać. Czytam sporo, przynajmniej jak na moje własne wyobrażenia, standardy i wymagania, ale napisać o tym co czytam jakoś mi się nie udaje.

Kocio mi jakiś czas temu pokazał Biblionetkę, ale mnie tam wszystko drażni, bo tam promowane jest strasznie infantylne, moim zdaniem, podejście. Dajesz książce ocenę, coś tam napiszesz i wystarczy. Ale jak tu numerkiem porównać zbiór opowiadań dla dzieci, który się w zamierzchłych czasach czytało ze współczesną powieścią, która ani miła, ani przyjemna, a jednak coś w sobie ma. Biblionetka ma (a raczej miała) jeden przydatny feature: poleca książki. Robi to na podstawie jakiegoś kiepskiego algorytmu, ale za to pokazuje wybrane jakoś 100 tytułów, a nie tysiące. Tyle o biblionetce.

Trzeci i ostatni akapit tej notki poświecę w końcu tematowi właściwemu, czyli rzeczy przeczytanej. Przed chwilą skończyłam w wannie „Długą drogę w dół” Nicka Hornby’ego. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, ale Hornby to jednak literatura popularna. Czyta się dobrze, a równie komfortowo zapomina co się przeczytało. „Długa droga w dół” nie zawiodła mnie jednak, jest tam wszystko, czego się spodziewałam: zupełnie nieplastikowe postacie, ciekawa, ale nie przegięta opowieść i w końcu taki happy end, który chociaż happy, to zupełnie niehollywoodzki i niespektakularny. Podoba mi się też bardzo brytyjski klimat tej książki, ale to już chyba znak firmowy autora. A czepiam się, bo takie powieści są chyba za mało snobistyczne jak na mój gust i służą głównie opowiedzeniu historii, nie ma w nich eksperymentu, a historia, choć zaskakująca, to mało. A teraz skończę, drogie dzieci i mam nadzieję, że nie napoczęłam jeszcze swojego ogona.