Szybka Lopez

Lopez była szybka, bo od razu z ekranu zniknęła! Jak oni mogli ją tak potraktować! Moją najulubieńszą ulubienicę! Za to Ben Affleck nie schodził z ekranu przez półtorej godziny i był bardzo wzruszającym dupkiem, aż się normalnie popłakałam. Przez trochę dłużej niż Lopez była Liv Tayler, ale mnie nie wzruszyła.

O takie właśnie mam refleksje bo obejrzeniu przecenionego filmu nabytego w Media Markt, który mnie skusił występem Dżej Lo! Nie było to jednak arcydzieło na miarę Gigli (czyt. ‚żygli’).

Po babsku

W ramach zagłuszenia wczorajszego głodu podentystycznego udałam się do kina. Multikino od paru lat latem pokazuje różne filmy w formie „Alfabetu Multikina”. Przez kilka tygodni, w dni powszednie, wyświetlane są dwa filmy o tytułach zaczynających się na kolejną literę. Filmy są różne, generalnie mają być to rzeczy z zeszłego roku, ale nie jest to jakaś żelazna zasada. Wczoraj był dzień sponosorowany przez literkę J i dlatego obejrzałam „Jedwabną opowieść”.

Przeczytałam kiedyś kilka jego recenzji i spodziewałam się czegoś zupełnie odrealnionego i bardzo mi się podobało, że było takie nieodrealnione, choć zupełnie nie naturalistyczne. I bardzo po babsku zrobione, z niedopowiedzeniami, bo nie wszystko trzeba dopowiedzieć i przede wszystkim pięknie, a nie plastikowo. Nie wiem czyja to zasługa (reżysera, zdjęć, kostiumografa), ale jest to chyba najpiękniejszy kolorystyczne film jaki widziałam w życiu, albo tych piękniejszych jakoś nie pamiętam.

Saterdej najt

Saterdej najts, po fali wesel, upływają nam ostatnio na błogim nieróbstwie, czyli klikaniu na zmianę w komputer i w telewizor. Ostatnia saterdej najt rozpoczęła się nawet nieudaną próbą pójścia do kina w trakcie wizyty w GM w celu odbioru okularków po wymianie szkieł na mocniejsze, ale, jak już wspomniano próba okazała się nieudana – wróciliśmy do domu, by popaść w odrętwienie. Ale żeby nie było tak zupełnie nijak, to postanowiliśmy obejrzeć nabyte jakiś czas temu arcydzieło pod tytułem ‚Taksówkarz’.

Chyba już nie chcę oglądać więcej filmów nakręconych w roku mojego urodzenia, w roku moich pierwszych urodzin ani w roku, w którym moi rodzice mnie planowali. Nic z tego nie rozumiem; nic się nie dzieje, a to co się dzieje nie wiadomo dokąd zmierza i czemu służy. Arcydzieło okazało się dla mnie niestety za trudne, podobnie jak większość filmów z ’70. Podobno to skandal, że ten film przegrał wyścig do Oscara z Rocky’m, ale ja po cichu myślę sobie, że członkowie Akademii podobnie jak ja nie zrozumieli przesłania, nie mówiąc już o przysypianiu przez większość filmu. A może po prostu tylko ja przespałam jakieś najistotniejsze sceny i dlatego nie załapałam o co biega? W sumie to trochę głupio i wstyd nie zachwycić się. Może na moje usprawiedliwienie napiszę jeszcze, że nie żałuję czasu przeznaczonego na oglądanie; przynajmniej kolejne arcydzieło odfajkowane i można je opisać specjalną naklejką, której treść może wkrótce wymyślę…

Zed is dead

Obejrzeliśmy wczoraj „Pulp Fiction”. Zaskakująco się film w ogóle nie zestarzał. Zaskakująco mało szczegółów pamiętałam z niego. Zaskakująco wydał mi się krótszy niż kiedyś, gdy oglądałam go w kinie Luna, z pierwszego rzędu, bo tylko takie bilety zostały.

Francuskie frytki

Jakiś czas temu, może to wciąż istnieje, w Gazecie Telewizyjnej publikowano teksty, można je nazwać felietonami, tłumaczące różne rzeczy z amerykańskich filmów. Zapamiętałam odcinek o dinerach i o greyhoundzie, zabrakło mi odcinka o amerykańskich kibelkach, ale nie o tym teraz. Wszystko wokół nas jest takie podobno amerykańskie, a jednak tej Ameryki mitycznej jakby nie znamy. Na pewno jednak jest coraz bliżej nas.
Jestem w trakcie czytania książki znalezionej na jednej z półek w pokoju mojego ojca. To powieść jest, niejakiej Joyce Carol Oates, tytuł Oni. Pani jak na moje gusta jest trochę zbyt lewicująca, ale to nie ma tu znaczenia. Książka jest wydana w Polsce w 1974 roku, w Stanach w 1969, co oznacza, że na polski została przetłumaczona między 1970 a 1974 rokiem i dlatego występuje w niej ‚kotlet siekany z francuskimi frytkami’. Czy można sobie wyobrazić, że tak to danie opisałby współczesny tłumacz?
A jeśli już doszłam do tłumaczeń, to tylko nadmienię, że ktoś, kto tłumaczył drugą część przygód Bridget Jones, chodzi mi tu o film, przetłumaczył na polski Wonderbra.